Agnieszka – Mama, która nie boi się wyjść poza schemat

Dzisiaj w cyklu Inspirujące Mamy poznajcie Agnieszkę – Mamę, która zdecydowała się wprowadzić edukację pozaszkolną w życie swojej córki.

Nasza rozmowa jest dyskusją na temat różnych form nauczania: klasycznych i alternatywnych. Uważam, że wciąż za mało wiemy na temat innych metod edukacji, wciąż wielu się boimy, nie potrafimy wybiec poza schemat.

Agnieszka się odważyła i nie żałuje. Zaprosiłam ją do rozmowy, ponieważ być może wśród czytelników są mamy, które chciałyby coś zmienić, pomóc swojemu dziecku, które ich zdaniem nie odnajduje się w klasycznej szkole – nie rozwija tam pełni swoich możliwości.

Naszą rozmowę zaczęłyśmy tak naprawdę już latem, kiedy to miałyśmy okazję spędzić nad morzem trochę czasu. Wtedy też zrodził się pomysł na wywiad. Cieszę się, że od pomysłu doszło do realizacji, co dla zabieganej mamy nie jest takie łatwe.

Agnieszka, kiedy i dlaczego zrodził Ci się w głowie pomysł aby córkę uczyć w trybie indywidualnym?

Na początek – małe sprostowanie. Edukacja pozaszkolna nie jest nauczaniem indywidualnym. W przypadku tego ostatniego uczeń pobiera indywidualne lekcje u nauczyciela – w szkole lub w domu. Edukacja pozaszkolna natomiast (w Polsce nazywana nauczaniem domowym), to realizowanie obowiązku szkolnego poza szkołą.

Bardzo dobrze, że to wyjaśniłaś, ponieważ zapewne wielu rodziców, tak jak ja, myli te pojęcia. A to podstawowa różnica. Często bowiem myląc nauczanie indywidualne z edukacją pozaszkolną, niepotrzebnie uprzedzamy się do tej ostatniej formy, ponieważ myślimy, że oznacza ona w ogóle brak kontaktu z dziećmi.

A przecież może być zupełnie inaczej! Skąd pomysł na taką formę? Cóż, zaczęło się od tego, że moja córka w pierwszej klasie szkoły podstawowej (a chodziła wtedy do lokalnej podstawówki) dość mocno zaczęła chorować, a związane z tym absencje na lekcjach spowodowały, że wespół z wychowawcą i lekarzem pediatrą zadecydowaliśmy, że najlepiej będzie ją urlopować na kilka miesięcy. Wiązało się to jednak z koniecznością zdania pod koniec roku szkolnego sporej części materiału i tak znalazłam się chcąc nie chcąc w roli nauczycielki własnego dziecka. I to był początek, a równocześnie wydarzyło się coś jeszcze, a mianowicie zaczęły do mnie trafiać na zajęcia (prowadzę zajęcia arteterapeutyczne ) dzieciaki edukowane w systemie pozaszkolnym. Wszystkie z łatwością wychodzenia poza schemat, gigantyczną ciekawością, pomysłowością, przy okazji zadające całą masę pytań. No i zaczęłam drążyć temat .Również od strony formalno-prawnej…..a potem nie było już odwrotu! Dodatkowo zmotywowała mnie koleżanka, która pewnego dnia, nie mogąc już znieść tego co się dzieje w polskiej szkole, zadzwoniła do mnie i zapytała:” no to co…zabieramy dzieciaki?”…..i takie były początki….chociaż muszę od razu uprzedzić, że jestem wielką przeciwniczką edukacji domowej! Czym najpewniej sprowokuję kolejne Twoje pytanie ;)))))

No właśnie jak to? Ty przeciwniczką????????????

Już się tłumaczę. W większości krajów, w których edukacja pozaszkolna jest legalna, edukację domową traktuje się jako nauczanie dziecka w domu. Najczęściej przez rodzica. I nie ma w tym nic złego – w mojej opinii – jeśli rodzic jest jedną z wielu osób, z którymi dziecko ma kontakt, a tym samym, od której może się czegoś nauczyć. Tak naprawdę przecież wychowujemy dzieci nie dla siebie, lecz dla świata. No bo przecież nasze dziecko będzie kiedyś funkcjonowało bez nas. Im więcej ciekawych i inspirujących osób spotka na swej drodze, tym lepiej. Dlatego jestem przeciwniczką edukacji domowej, pojmowanej jako naukę dziecka w domu z jednoczesnym separowaniem go od świata zewnętrznego. A z takimi sytuacjami spotkałam się wielokrotnie.

Powiedz, jak w takim razie wyglądały pierwsze lata edukacji Twojej córki? Czy wymagało to od Ciebie dużej dyscypliny?

Pierwsze lata były najtrudniejsze….. dla mnie. Bo Natasza przestawiła się bardzo szybko. Mnie zdecydowanie więcej czasu zajęło „odszkolnienie”. Bo to ja próbowałam przenieść szkołę do domu i robić jakieś „lekcje”. Łapię się za głowę jak na to patrzę z perspektywy czasu, ale wiem też, że to częsta przypadłość wśród rodziców, którzy zabierają dziecko z tradycyjnej szkoły i bierze się pewnie stąd, że sami mamy takie doświadczenia… że nauka to tylko zeszyt, podręcznik i ławka. Długie miesiące zajęło mi nabranie zaufania do córki w temacie edukacji i teraz już wiem, że ona doskonale rozumie czego chce się uczyć, ma czas na rozwijanie swoich pasji, a jednocześnie wie też, że pod koniec roku obowiązuje ją zdanie egzaminów z podstawy programowej. I potrafi się do tych egzaminów przygotować. Choć ta nauka zajmuje jej zdecydowanie mniej czasu niż rówieśnikom w szkole.

Trudniejszy zdecydowanie był ostracyzm, z którym obie się spotkałyśmy.

Tak, wydaje mi się, że wiecznie pokutuje przekonanie, że edukacja pozaszkolna to jakieś dziwactwo. A tymczasem sama widzę w otoczeniu córki jak na przykład dzieci z ADHD są kompletnie niezrozumiane. Dostają uwagę za uwagą tylko dlatego, że nie potrafią wysiedzieć w ławce. A to są często zdolne dzieci.

A nierzadko wystarczyłoby przecież, gdyby takie dziecko mogło zmienić miejsce podczas zajęć. Sama obserwowałam to na swoich warsztatach – pracując z grupą dzieci, w której była dziewczynka zdiagnozowana jako nadpobudliwa. Tyle, że nic takiego u niej nie zaobserwowałam! Zwyczajnie – przemieszczała się z dywanu na krzesło, czasem siadała przy ławce, a robiła to na tyle dyskretnie, że nie przeszkadzała nikomu! Przypomniała mi się anegdota opowiadana przez Sir Kena Robinsona- gorącego zwolennika reformy szkół i edukacji alternatywnej – o dziewczynce, która nie uważała na lekcjach, wciąż się ruszając, podskakując, etc. I pewnego dnia ta dziewczynka trafiła do gabinetu psychologa, który wychodząc na spotkanie z jej mamą zostawił w pokoju włączona muzykę…..a potem obydwoje obserwowali jak płynące z głośnika dźwięki wprawiły to dziecko w fascynujący ruch….terapeuta skwitował tylko: pani dziecko nie jest chore. Pani dziecko jest…tancerką. Ja dodam tylko, że dziś to wybitna tancerka i autorka legendarnych choreografii na Brodwayu!

Dokładnie tak. W klasycznej szkole dzieci są przyrośnięte do ławek, kto się wyłamuje ten dostaje łatkę „niegrzeczny”. Podczas gdy niektóre dzieci wolałyby się uczyć chodząc po klasie. Sami w domu często chodzimy po pokoju i powtarzamy jakieś formułki. Niekiedy łatwiej się uczyć w ruchu, a kiedy indziej w ciszy przy biurku. Szkoła narzuca już z góry jeden schemat.

Tak, natomiast edukacja pozaszkolna wychodzi poza ten schemat, to jest jej dużym plusem.

Jak widać jest wiele minusów szkoły klasycznej. Natomiast ma też swoje zalety, które trudno przecenić. Przede wszystkim kontakt z rówieśnikami i umiejętność pracy w grupie. Porównywanie się z kolegami i koleżankami stymuluje do innego rozwoju. To tak jakby sprinter miał biegać na pustej bieżni, wtedy nie pobije takich rekordów jak mając konkurentów na torach obok, których musi dogonić. To są inne bodźce. Jak sobie z tym poradziłaś?

A propos kontaktów społecznych uważam, że dziecko powinno mieć styczność z różnymi ludźmi. Włączając rówieśników. Idąc dalej myślę, że taki młody człowiek najlepiej funkcjonuje w grupie…zróżnicowanej wiekowo. A szkoła jednak takiej różnorodności nie zapewnia…..popatrz na to z innej perspektywy: gdzie, w dorosłym życiu spotkasz sytuację, w której grupa ludzi spędza ze sobą czas przez 8 lat, po 6-8 godzin dziennie, a tym co tę grupę określa jest…wspólny wiek? No przecież w dorosłym życiu wchodzimy w różne grupy, układy, etc. dobierając się na zasadzie wspólnych pasji na przykład. Albo idąc do pracy- nie ważne czy to korporacja, czy też państwowa instytucja albo inny twór – nadal mamy do czynienia z grupami zróżnicowanymi wiekowo. I uważam, że takie środowisko jest dla dziecka najodpowiedniejsze. A moja córka od najmłodszych lat spędzała czas z różnymi ludźmi. Nie tylko dorosłymi. A w tym roku bardzo chciała pójść do szkoły. Oczywiście demokratycznej ;)))) I dostała taką możliwość. Tam też ma przestrzeń do spotkań z całą masą ludzi. Starszych i młodszych. I myślę, że taka formuła edukacji najbardziej odzwierciedla to, w czym zetknie się w tzw. dorosłym życiu. A wracając do Twojej tezy związanej ze stymulacją dziecka przez rywalizację z rówieśnikami ….

Wiesz, to nie chodzi o rywalizowanie w sensie negatywnym, jako zwalczanie. Raczej chodziło mi o kolejny bodziec do rozwoju.

Owszem, zgadzam się, że rywalizacja stymuluje. Tyle że nie jestem do końca przekonana, że skutki tej rywalizacji każdorazowo będą dla dziecka dobre. Co innego praca w grupie – tu przyznaję Tobie rację i nie wyobrażam sobie jednocześnie, żeby dziecko takiej możliwości nie miało. Dlatego idea społeczności demokratycznych, także szkół, jest mi tak bliska, bo tam każdy głos ma znaczenie. I nie chodzi tu właśnie o bezwzględne posłuszeństwo, z którym dziecko często styka się w klasycznej szkole. Kiedyś przeczytałam takie ładne zdanie w książce dla dzieci: „Słuchaj najcichszego głosu”. Nie zapominajmy o tym!

Zgadzam się. W klasycznej szkole tak naprawdę dziecko nie rozwinie swoich wybitnych zdolności, ponieważ najważniejsze żeby zmieściło się w ramach programowych, poza tym musi mieć czas na naukę innych przedmiotów w takim samym stopniu jak tych ulubionych.

No dokładnie

Masz też rację, że przyporządkowanie do określonej grupy wiekowej jest ograniczające. Córkę posłaliśmy rok wcześniej do szkoły, ponieważ ona chciała już się czegoś uczyć. Spotykaliśmy się z zarzutami, że skracamy jej dzieciństwo albo, że będzie musiała iść wcześniej do pracy. Podczas gdy my nie patrzyliśmy na to w ten sposób – chcieliśmy jedynie aby szła do przodu na swoim etapie rozwoju, a nie cofała się. W klasie ma dzieci rok starsze ale nie przeszkadza jej to bez wysiłku być jedną z najlepszych uczennic.

I dla mnie to jest ok, jeśli wynika z naturalnych potrzeb dziecka. Ja też poszłam wcześniej do szkoły.

Aga, Twoja córka miała od zawsze kontakt z dziećmi, ponieważ pomagała Ci w fundacji,  z którą współpracujesz

Tak, współpracuję m.in. z  Fundacją Stworzenia Pana Smolenia, zajmującą się hipoterapią dzieci niepełnosprawnych. To, że Natasza bywała w fundacji jest ważnym aspektem! Nie dalej jak dziś rozmawiałam o tym z przyjaciółmi. Zauważyłam, że ona nie używa słowa „niepełnosprawny”. Mówi na przykład, że Stasiu wolniej mówi. Albo że Zosia ma trochę kłopoty z chodzeniem. I przyjmuje te dzieci bez żadnych uprzedzeń! Piękne, prawda?

Niesamowite!

Ale też już od najmłodszych lat znajdowała się ze mną – chcąc nie chcąc – w różnych okolicznościach związanych z moją pracą. Bywała na planach zdjęciowych, w garderobach.

Ja zawsze właśnie tak wyobrażałam sobie macierzyństwo. Że pojawia się dziecko i…dalej idziemy już przez życie razem. Jak Natasza pojawiła się na świecie nie pomyślałam :”coś się skończyło”. Zresztą, co ja Tobie będę mówić, przecież jesteś Mama Trójki Uroczych i Mądrych Dziewcząt. I owszem – bycie mamą to czasem jazda bez trzymanki i bez kasku…ale co to by było za życie bez nich!

Tak, to mnóstwo radości, pomimo wszystko. Wiesz, tak myślę, że Twoja córka ma naprawdę ciekawe i niezwykłe dzieciństwo, bo Ty jesteś niesamowitą osobą, wielu talentów i zainteresowań. Natasza przebywając w Twoim środowisku – już ma kawał edukacji przy okazji. Przecież choćby fakt, że od najmłodszych lat zabierałaś ją do fundacji

 Tak, konie odegrały w jej życiu niebagatelną rolę – to jej ogromna pasja, której poświęca wiele czasu. Z przyjemnością obserwuję, jak rozwinęła się na tej płaszczyźnie i nie mam tu na myśli umiejętności jeździeckich tylko takie głębsze i bardziej świadome podejście do tych zwierząt, które nauczyły ja szacunku, cierpliwości i zaufania. Takie podejście owocuje teraz, gdy po kilku latach Natasza zdobywa kolejne szlify kontynuując naukę jeździectwa.

Konie – największa pasja Nataszy

Ale co uważasz jest najtrudniejsze w edukacji pozaszkolnej. Czy tak zwana normalna mama, pracująca od poniedziałku do piątku do 18.00 dałaby radę? Pytam, bo są mamy, które widzą, że ich dziecko się dusi w klasycznej szkole – ale boją się, że same nie zapewnią mu jakiś ciekawych bodźców do rozwoju, ponieważ są w pracy na etacie i tyle.

Najtrudniejsze dla nas były reakcje otoczenia. Wielokrotnie spotkałam się z opiniami, że sobie nie poradzę, że nie mam pedagogicznego wykształcenia, że krzywdzę dziecko. Tylko że wiesz……osobiście mam to gdzieś ;)))) Bo intuicyjnie wiedziałam zawsze, że dobrze robię. Trudniej zdecydowanie było Nataszy- z jednej strony poczuła się dobrze w nowej, edukacyjnej sytuacji, z drugiej- wielokrotnie podkreślała, że czuła się „na świeczniku” z tego powodu…..i pod ciągłą obserwacją.

Najważniejsze, że Ty wiedziałaś i czułaś co jest dla Twojego dziecka najlepsze. Wydaje mi się, że rodzice za bardzo ulegają presji otoczenia pod każdym względem. Ale wróćmy jeszcze do trudności. Czy poza reakcja otoczenia, były inne rzeczy? Na przykład czy musiałaś mieć tak szeroką wiedzę, żeby uczyć dziecko wszystkich przedmiotów, czy wyznaczałaś jakiś grafik nauki? Pytam od strony czysto technicznej tego procesu. Jak ogarniałaś to wszystko?

Zanim wystartowałyśmy edukację alternatywną wydawało mi się, że muszę WIEDZIEĆ WSZYSTKO zanim zacznę uczyć swoje dziecko. A przynajmniej WYSTARCZAJĄCO DUŻO by zacząć cały proces. Tyle że to bzdura. Bo WIEDZA naprawdę jest w tej chwili powszechnie dostępna. Na wyciągnięcie ręki mamy podręczniki, czasopisma, muzea, warsztaty, internet! Trzeba tylko wiedzieć jak się w tym gąszczu poruszać! Problemem nie była też strona formalno-prawna. Natasza zdaje egzaminy w państwowej szkole, w okolicy naszego domu i nikt nigdy nie zapytał mnie tam dlaczego podjęłam taka decyzję, ani tez nie próbował podważyć jej zasadności.

Czy zgodzić się ze mną, że każde dziecko nadawałoby się do edukacji pozaszkolnej – ale  nie każdy rodzic? Ja nadal obstaje przy tym, że jako rodzic też trzeba mieć specjalne predyspozycje do tego.

Bywa bardzo różnie, ale z reguły jest tak, że dziecko przestawia się bardzo szybko i odnajduje w nowym systemie. Gorzej z rodzicem, tym bardziej, że my dorośli jesteśmy tak zaprogramowani, że na hasło „szkoła ” ,pojawia się w naszej głowie ławka, tablica, podręcznik, zeszyt i 45 minut lekcji. Podobnie było u nas -Natasza bardzo szybko pojęła, że uczymy się cały czas, że szkołą może być las, że uczyć się można w podróży. Dla mnie był to nie lada kłopot aby wyjść poza utarty schemat i się „odszkolnić „.Ale udało się, choć zajęło mi to długie miesiące

Myślę też, że niekoniecznie musimy mieć specjalne predyspozycje czy wiedzę by uczyć własne dzieci. Możemy uczyć się razem, wspólnie znajdować odpowiedzi na nurtujące pytania. Ja też nigdy nie udawałam, że wiem wszystko i kiedy w głowie mojego dziecka pojawia się pytanie, na które nie znam odpowiedzi, zwyczajnie szukamy jej razem korzystając z biblioteki czy zasobów internetowych.

Aga a porozmawiajmy jeszcze o szkole demokratycznej, bo to też jest ciekawy temat, który wielu rodziców może zainteresować.

Szkoła demokratyczna to społeczność (w Polsce zwykle kilku, kilkunastoosobowa),w której na co dzień przebywają ze sobą ludzie w różnym wieku. I na tym moim zdaniem polega jej siła. Tu nie ma dolnych i górnych granic wiekowych, można się uczyć od siebie nawzajem i korzystać w jednej przestrzeni, szanując oczywiście cudze granice. I myślę sobie, że właśnie taka szkoła, bez dzwonków, klas i zadań domowych, miejsce, w którym spotykają się różne osoby, jest najbliżej rzeczywistości, z którą zetknie się dziecko w dorosłym już życiu. Bardzo cieszy mnie fakt, że szkoły alternatywne wyrastają jak grzyby po deszczu, ludzie skrzykują się i tworzą grupy unschoolingowe, to najlepszy dowód na to, że tradycyjny system edukacji nie działa tak jak powinien, a szkoła systemowa nie zawsze służy dzieciom, mimo że z założenia tak powinno być.

Natasza w tym roku rozpoczęła naukę w szkole demokratycznej właśnie

Tak, we wrześniu weszliśmy w nowy etap. Natasza na własne życzenie zaczęła uczęszczać do szkoły demokratycznej. A zaczęło się od tego, że przed końcem roku szkolnego pochodziła sobie na różne drzwi otwarte do szkół, żeby sprawdzić jak te placówki funkcjonują. No i po tych wszystkich odwiedzinach doszła do wniosku, że chciałaby spróbować czegoś nowego. Stąd szkoła demokratyczna. Na początku podchodziła do tematu bardzo asekuracyjnie powtarzając, że chce tam pójść tylko na próbę, a jeśli jej się nie spodoba, to wraca do domu. Ale odnalazła się bardzo szybko w nowej społeczności. Dla mnie to spora zmiana, musiałam się „przekonfigurować” w swojej głowie powierzając odpowiedzialność za edukację własnemu dziecku. Szkoła demokratyczna to rodzaj zorganizowanej formy edukacji domowej. Dzieci same planują czego i kiedy chcą się uczyć. I czy w ogóle chcą się uczyć .

Dodatkowym atutem takiej szkoły jest towarzystwo innych dzieci i dorosłych. A przecież najlepiej i najchętniej uczymy się od siebie nawzajem.

Genialne jest to, że liczą się umiejętności dziecka. W ten sposób czwartoklasista może uczęszczać na zajęcia historii z siódmoklasistą, jeśli ich poziom w tym przedmiocie jest zbliżony. Każde dziecko rozwija się swoim rytmem i jeśli jest super zdolne z jakiegoś przedmiotu, to nie „czeka” na klasę (czyli stoi w miejscu) jak to jest w klasycznej szkole – tylko grupy przedmiotowe dobierane są według umiejętności dziecka, a nie wieku. Aga czy ja dobrze to rozumiem? Popraw mnie jeśli coś jest nie tak.

Nie do końca wygląda to tak jak opisywałaś. Tzn. każde dziecko w takiej szkole uczy się w swoim tempie tego czego akurat chce czy potrzebuje. Tyle, że motywacja do takiej nauki, to motywacja wewnętrzna…..tutaj nikt nad uczniem „nie wisi” grożąc pałą czy uwagą do dzienniczka. Opowiem na konkretnym przykładzie- własnego dziecka- bo tak mi najłatwiej. Natasza umawia się sama ze swoimi mentorami (nauczycielami) co danego dnia będzie robić. Czasem pracuje indywidualnie, a czasem w grupie, która tak jak powiedzieliśmy sobie wcześniej – jest zróżnicowana wiekowo.

Dodatkowo – co jest dla mnie ogromną wartością – sama tą naukę planuje.

A jak jest z zaliczaniem przedmiotów? Czy czwartoklasista ma zaliczoną historię na poziomie siódmej klasy? Jak to się ma do standardów nauczania wyznaczonych przez Ministerstwo Nauki? Czy dzieci muszą mieć zaliczony po prostu program zgodny ze swoją kategorią wiekową?

Taki mamy w Polsce system, że dzieci kształcone alternatywnie muszą raz do roku zdawać egzamin z podstawy programowej. Każdorazowo zdają te egzaminy na poziomie swojej klasy. Nie ma takiej możliwości, aby dziecko w klasie czwartej, które- dajmy na to- jest świetne z biologii, zdawało ten przedmiot na poziomie klasy siódmej. Dużo zależy od nauczyciela, który egzamin przeprowadza. Są tacy, którzy „nie wychodzą” poza pytania na teście, ale są też inni, którzy otwarcie podchodzą do takiego ucznia, zadają dodatkowe pytania na egzaminie, etc.  też- bo to bardzo ważne- że uczniów kształtowanych pozaszkolnie obowiązuje na egzaminie podstawa programowa…a nie zawartość podręczników. Kolejnym atutem szkoły demokratycznej są w mojej opinii zajęcia muzyczne plastyczne, filmowe, etc. stawiane na równi z innymi przedmiotami. Zauważyłaś ,że w tradycyjnym systemie mamy swoistą hierarchię przedmiotów z matematyką, polskim na szczycie? A te wszystkie „artystyczne” traktowane są po macoszemu!

Tak, matematyka najważniejsza brrr. A ja dostrzegam jeszcze jeden duży plus alternatywnych metod nauczania, o którym nie mówiłyśmy. Przede wszystkim dla rodziców uprawiających wolne zawody, podróżników, dyplomatów itp. – edukacja alternatywna pozwala zabierać dzieci wszędzie. Normalnie trzeba się dostosowywać do grafiku szkolnego dziecka – podczas gdy tutaj jest swoboda.

Zabrzmi banalnie, ale….podróże jednak kształcą 😉 I te dalsze, i te bliższe też. A uczyć można się wszędzie. Pamiętam, że jak pokonywałyśmy z Nataszą dłuższe trasy samochodem, to tuż przed egzaminami słuchałyśmy po drodze płyt z kursem hiszpańskiego i angielskiego. Z kolei przed egzaminem z biologii, miałam zaplanowany wyjazd na zawody ujeżdżeniowe. Natasza siedziała na trybunach z podręcznikiem, jednocześnie monitorując jednym okiem co się dzieje na parkurze i kto aktualnie prowadzi ;)))) A kiedy zakomunikowała zaprzyjaźnionym dzieciom, że nie może się w tej chwili bawić, bo musi się uczyć do egzaminów, to wymyśliły wspólnie, że z reszty zawartości podręcznika zrobią grę terenową – z pytaniami i odpowiedziami pochowanymi w okolicznych krzakach. I tym sposobem – cały materiał został opanowany błyskawicznie!

Dzieci potrafią być bardzo kreatywne, nawet w sposobie nauki. Czasami wystarczy zaufać

Otóż to. Często słyszę od różnych rodziców: „jak znajdujesz czas na to wszystko łącząc naukę dziecka z pracą?”. A ja się zastanawiam jak wspomniani rodzice radzą sobie z tym nawałem zadań domowych, z którymi ich dzieci wracają ze szkoły? Z tą ilością klasówek i sprawdzianów? Dla mnie to skandal, bo osobiście znam kilka przypadków w najbliższym otoczeniu, w których dzieci nie podołały reformie edukacji, nie dając rady z tą skumulowaną ilością materiału, albo siedzą nocami i zakuwają!

A wracając do Twojego wcześniejszego pytania- znam wielu artystów, podróżników, ludzi wolnych zawodów, którzy poszli w kierunku edukacji alternatywnej dla swoich dzieci. Wiem, że są też osoby pracujące na etatach, które nie posyłają dzieci do systemowych szkół. W tym drugim wariancie wydaje mi się to bardziej skomplikowane logistycznie…ale na pewno nie jest niemożliwe 😉

Tak. Jeżeli bardzo nam rodzicom na czymś zależy, potrafimy wszystko tak przeorganizować, żeby działało 🙂 Aga Ty sama jesteś nauczycielką, i masz wiele radości z pracy z dziećmi. Powiedz co obecnie daje Ci największą frajdę w tym obszarze?

W ciągu ostatnich pięciu lat miałam ogromny zaszczyt spotkać na swej drodze osoby, które inspirowały mnie do różnych działań związanych z edukacją demokratyczną. Nie sposób ich tutaj wszystkich wymienić- wszystkim jestem ogromnie wdzięczna, za każdą dobrą radę i wsparcie. Szczególnie chciałabym podziękować Izabeli, która jest Matką Chrzestną naszej rewolucji edukacyjnej ;)))

Cieszę się, że w najbliższym czasie będę mogła zrealizować jedno ze swych wielkich marzeń- już za kilka tygodni będę miała ogromną przyjemność otworzyć podwoje demokratycznej pracowni artystycznej, miejsca, w którym zarówno dzieci jak i dorośli, wspólnie tworzyć będą prace plastyczne, przestrzeni, w której nie będzie korekty, ocen i uwag, w której razem z utalentowaną malarką Kingą Troneczek gościć będziemy zorganizowane grupy i indywidualnych entuzjastów wolnej sztuki!

Marzenie moich córek – móc chodzić na zajęcia razem z rodzicami. Myślę, że ten aspekt jest też często pomijany – że dzieci oprócz pracy z kolegami, bardzo cenią sobie naukę i czas spędzany z rodzicami. Jesteś wielką szczęściarą, że możesz się realizować w ten sposób. Aga podziwiam Cię, bo wiem, że nie jest łatwo przecierać szlaki, wyjść poza schemat właśnie. Czasami potrafią krytycznie oceniać nawet ludzie z bliskiego otoczenia. Ty pokazujesz, żeby być świadomym rodzicem, podążać za głosem serca a nie zadowalać oczekiwania innych.
Bardzo dziękuje Ci za rozmowę

To ja dziękuję 🙂

Agnieszka Ostrowska- z wykształcenia projektantka mody, autorka kostiumów, arteterapeutka.

 

You may also like...

1 Response

  1. Gosia pisze:

    Woooow! Szacunek! To chyba najbardziej nasuwa mi się po przeczytaniu wywiadu z Panią Agnieszką! Jestem pod wrażeniem… chyba sama nigdy bym się na to nie zdobyła… Ale czytając wywiad widzę sens i piękno takiej metody nauczania! Bohaterka, a właściwie dwie bohaterki wywiadu przeurocze kobiety z własnym, mądrym zdaniem i podejsciem do życia! No i Mama kobieta wielu pasji, więc córka tylko zyska mając takiego nauczyciela w domu <3 Powodzenia! Pozdrawiam serdecznie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *